Szpada opadła, a tablica wyników w hali w Budapeszcie nie pozostawiała złudzeń. Dwunaste miejsce. Dwieście dwanaście punktów. Łukasz Gutkowski schodził z planszy szermierczej z miną człowieka, który wie, że właśnie sam sobie utrudnił życie. Wokół niego ustawiała się światowa elita pięcioboju nowoczesnego, a Polak — jeszcze dzień wcześniej drugi zawodnik swojego półfinału — zaczynał finał Pucharu Świata od najgorszej możliwej strony.
Na trybunach ktoś już przesuwał palcem po liście faworytów. Niemiec Marvin Faly Dogue. Czech Matej Lukeš. Mistrz świata, lider światowego rankingu Moutaz Mohamed z Egiptu. O Polaku w kontekście medalu mówiło się półgębkiem.
Tor przeszkód niczego nie zmienił. Gutkowski rzucił się na przeszkody odważnie, czas 0:28.09 — i znów dwunasta lokata. Po dwóch konkurencjach finału brzmiało to jak wyrok: za daleko, za nisko, za późno.
Ale pięciobój ma to do siebie, że nie kończy się tam, gdzie chcieliby go skreślić kibice.
Woda obudziła Polaka. Sto metrów stylem dowolnym w 0:54.75 — czwarty czas całego finału. Trzysta dwadzieścia siedem punktów wpadło na konto i nagle ta przepaść do czołówki przestała być przepaścią. Stała się dystansem. A dystans Gutkowski potrafi nadrabiać jak mało kto, bo zostawił sobie na koniec to, co kocha najbardziej.
Laser run.
Zawodnicy ruszali z handicapem — każdy ze stratą wynikającą z dotychczasowego dorobku. Z przodu uciekali ci, którzy w szermierce i na przeszkodach zbierali punkty, gdy Polak je tracił. Gutkowski wystartował z tyłu, z głową pochyloną, i zaczął zjadać kolejne metry.
Na strzelnicy serce biło spokojnie, nogi niosły. Polak mijał rywala za rywalem. A wtedy stała się rzecz, która naprawdę zelektryzowała halę: jeden z głównych faworytów, mistrz świata Moutaz Mohamed, nie dobiegł do mety. Egipcjanin zszedł z trasy, a w walce o podium zrobiło się miejsce — miejsce, po które Gutkowski sięgał z każdym krokiem.

Jego bieg zmierzono na 10:19.47. Drugi czas w całej stawce finalistów. Sześćset osiemdziesiąt jeden punktów — tylko Hiszpan Pau Salomo przebiegł odrobinę szybciej. Linia mety, ramiona w górę, tablica zatrzymana na trzeciej pozycji.
Brąz.
– To był jeden z tych finałów, które zostają w pamięci na długo. Początek zupełnie nie ułożył się po mojej myśli. Po szermierce i torze przeszkód wiedziałem, że strata jest spora i jeśli chcę jeszcze liczyć się w walce o podium, nie mogę pozwolić sobie na żaden błąd. Z drugiej strony właśnie na tym polega pięciobój – dopóki nie przekroczysz linii mety w laser runie, wszystko jest możliwe. Starałem się zachować spokój i skupić wyłącznie na tym, co mam do zrobienia w kolejnych konkurencjach. Pływanie dało mi impuls, którego potrzebowałem, a przed biegiem z laserem czułem, że jestem dobrze przygotowany i mogę odrabiać kolejne sekundy. Na trasie nie myślałem o miejscu, tylko o każdym kolejnym rywalu i o tym, żeby utrzymać swoje tempo oraz zachować skuteczność na strzelnicy. Kiedy na ostatnich metrach zorientowałem się, że podium jest naprawdę w zasięgu, dałem z siebie wszystko. Brązowy medal po takim pościgu smakuje wyjątkowo, bo jest dowodem, że nawet po trudnym początku nie warto przestawać wierzyć w swoje możliwości. To dla mnie ważny sygnał przed kolejnymi startami i motywacja do dalszej pracy.
Złoto pojechało do Dogue (1597 punktów), srebro do Lukeša (1589), a Gutkowski — ten sam, którego po szermierce widziano na dwunastym miejscu — zamknął finał z dorobkiem 1581 punktów, zaledwie szesnaście sekund za zwycięzcą. Z dołu stawki na podium najważniejszej imprezy sezonu zasadniczego.

To nie był przypadek jednego dnia. Dobę wcześniej Polak przeszedł przez swój półfinał pewnym krokiem: mocna szermierka (236 punktów), dobre pływanie i równa reszta konkurencji dały mu drugie miejsce w grupie — zaledwie dwie sekundy za Marvinem Dogue. Do finału wszedł więc jako wicelider swojego półfinału, co już zapowiadało, że w decydującym dniu trzeba się z nim liczyć.
Zdjęcia: UIPM – World Pentathlon







